poniedziałek, 27 maja 2013

Rozdział 9 ♥

- Jeszcze dziś widziałam się z mamą to nie możliwe, to nie możliwe – powtarzałam na głos, a po chwili znów zaczęłam krzyczeć. Nie wiedziałam czy to prawda, czy też sen. Nie wiedząc co ze sobą zrobić rzuciłam się na ziemie i zaczęłam płakać. Po chwili świat znów zawirował. Leżałam na podłodze a na około mnie stało pełno ludzi i się na mnie patrzyło.
- Co to ma być !? Czemu tu jest tyle ludzi !? Do pokoju wspólnego ! – wrzasnęła profesor Kapa wychodząca ze stołówki – A ty czego leżysz ? – zwróciła sie do mnie – Wstawaj !
- No bo ona się nagle prze... – zaczęła Lily, lecz przerwała gdy kopnęłam ją w kostkę. Nie chciałam aby jakiś nauczyciel wiedział. Nie wiedziałam czy płakałam, czy krzyczałam, wiec wolałam aby nikt nic nie mówił.
- Ja się przewróciłam, bo się potknęłam. Przepraszam za zamieszanie. – chwyciłam Lily za rękę i pobiegłam po schodach do pokoju wspólnego.
- Co robiłam ? – spytałam.
- Okropnie wrzeszczałaś i płakałaś. Co się stało ? Przestraszyłam się.
- No, bo ja, może to głupie ale...
- No mów !
- Widziałam grób mojej mamy. Data śmierci, była dzisiejsza. Nie wiem, czy to prawda czy nie, nie wiem co się ze mną dzieje ! – wybuchnęłam płaczem, lecz po chwili się ocknęłam. – Idę napisać list do mamy ! – Chwyciłam pierwszą lepszą kartkę leżącą na stole. Usiadłam i zaczęłam myśleć co nad treścią listu. Bo przecież nie napiszę „Cześć mamo, żyjesz ?” . To musi być jakoś wplecione w tekst. Wreszcie zaczęłam pisać...

Cześć Mamusiu !
Co tam u Ciebie ? Dopiero dziś wróciłam, a już strasznie tęsknię.
Jak się czujesz ? Słyszałam jak rano ojczym mówił, że boli cię gardło.
Czy wszytko jest teraz w porządku ?
Lily bardzo ucieszyła się na wieść, ze mogę iść do Hogwartu.
Ja też się BARDZO cieszę. 
Proszę odpisz jak najszybciej.
Kocham Cię !
Rose

Nie miałam innego pomysłu. Aczkolwiek myślałam, że nie zorientuje się, że coś nie tak. Z listem w ręku poszłam do żółwiarni. Wybrałam jednego z najszybszych i wsadziłam mu list do pyska. Następnie z powrotem poczłapałam do pokoju wspólnego. Umyłam się i poszłam spać. Następny tydzień, ostatni  z Lily we Wrzodomyjkach minął bardzo szybko.  Poznałam nowe zaklęcia i bardzo dobre szła mi gra w Gabodża. Doszły też nowe zajęcia. Takie jak „Opieka nad czekoladowymi żabami”  czy „Przewidywanie Przeszłości” co nie miało żadnego sensu, ale muszę przyznać, że zabawa była przednia. Głównie dlatego, że razem z Lily naśmiewałyśmy się z nauczycielki tego przedmiotu. Wymyślała różne historie z naszej przeszłości, które nie były ani trochę prawdziwe. Dowiedziałam się, że jako mała dziewczynka miałam zielone włosy, a moi rodzice grali w zespole Rockowym. Fajnie jest słuchać takie głupoty. Jest to bardzo zabawne. Kolejny tydzień, nie był już taki świetny, gdyż brak Lily mi doskwierał. Nawet lekcje Przewidywania Przeszłości nie były takie zabawne. Dodatkowo się martwiłam, gdyż nie dostałam odpowiedzi od mamy. Wreszcie nadszedł weekend przed pojazdem do Hogwartu. Wróciłam tirem do domu, tym razem towarzyszył mi również kot.  Z łomoczącym sercem zapukałam do drzwi. Otworzyła mi mama. Rzuciłam się jej na szyję. Tak bardzo mi ulżyło na jej widok. Tak strasznie się bałam, że coś się stało. Jednak to, że ona żyje znaczyło, że ze mną jest coś nie tak. Czemu widziałam ten cmentarz ? Czy to pokazuje przyszłość ? Nie, przyszłość na pewno nie, bo data była aktualna. Uznałam, że nie będę o tym myśleć. Przywitałam się z mamą, ojczymem i poszłam do swojego pokoju. Gdy weszłam kot naszej rodziny Zgredek powitał mnie ocierając mi się o nogi i syknął na moją kotkę, którą nazwałam Amy. Zostawiła bagaże i zeszłam z powrotem do salonu. Usiadłam obok mamy i zaczęłyśmy rozmawiać, do późnego wieczora. Nazajutrz teleportowałyśmy się na Pokątną gdzie kupiłam wszystkie potrzebne rzeczy do Hogwartu. Różdżki faktycznie różniły się ogromnie od tych Polskich. Były różnych kształtów  a nawet kolorów i na pewno nie można by ich nazwać „patykiem” tak jak t nazywano te polskie.  Poszłyśmy jeszcze na piwo kremowe i w dobrych nastrojach wróciłyśmy do domu. Spakowałam się i poszłam spać. W dzień wyjazdu obudziłam się z samego rana, ponieważ nie mogłam spać. Byłam bardzo podekscytowana wyjazdem i ciekawa Hogwartu. Podobno jest tam cudownie, a wręcz magicznie. Jedyne co mi się nie podobało to to, że nie mogłam zabrać laptopa, ponieważ w tej szkole sprzęty mugolskie nie działały. Po śniadaniu razem z mamą teleportowałyśmy się do wioski obok Hogwartu - Hogsmade. Do samej szkoły nie da się teleportować, więc tarasę do zamku musiałyśmy pokonać na pieszo, Amy cały czas dreptała koło mnie. Pochłonięte rozmową szłyśmy wolnym krokiem do celu. Widoki tu były piękne, a zamek taki ogromny ! Zaczęłam się zastanawiać nad domem do jakiego trafię. Czytałam o nich. Do Gryffindoru trafiają odważni. Do Slytherinu sprytni, słyszałam, że w tym domu było wiele czarodziei, którzy teraz są  czarnoksiężnikami, między innymi sam Lord Voldemort. Do Ravenclaw trafiają Ci, którzy mają nieco więcej w głowach niż inni, a do Hufflepuffu przyjacielskie ciamajdy. Jak znam życie, właśnie tam trafię, bo idealnie to pasuje do mnie. No cóż i tak to lepsze niż Wrzdomyjki. Wreszcie doszłyśmy do zamku. Z bliska robił jeszcze większe wrażenie. Czekałyśmy przed bramą wjazdową. Była zamknięta. W końcu przyszedł wielki, owłosiony pan i otworzył nam ją.
- Nowy uczeń, he ? Cholibka dużo ich doszło w tym roku. – powiedział – Jestem Hagrid, gajowy w Hogwarcie. Pani... – zwrócił się do mojej mamy – może już sobie iść, młoda se poradzi. – pożegnałam się z mamą, a gajowy zamknął za nią bramę. – Jak wrażenia ? Podoba się ?  
- Bardzo – odpowiedziałam – Tu jest naprawdę pięknie.
- No ba, że jest ! A ty, skąd się tu przenosisz ? Durmstrang ? Beauxbatons ?
- Wrzodomyjki.
- Wrzodo... co ?
- Wrzodomyjki – powtórzyłam – Szkoła Magii w Polsce.
- Nie słyszałem. Fajna ?
- Dziwna – wyszczerzyłam się.
Resztę drogi przebyliśmy  w milczeniu. Gdy weszliśmy do Sali wejściowej Hagrid przewał milczenie.
- No to co młoda ? Powodzenia i... mam nadzieję, ze trafisz do domu, który ci przypadnie do gustu. O cholibka ! Ale na błociliśmy  Filch nas zabije !- zaczął się rozglądać naokoło – Na szczęście nie ma go w pobliżu. Do zobaczenia na Opiece nad Magicznymi Stworzeniami. To przedmiot którego uczę. Cześć !
- Do zobaczenia !
Gdy Hagrid odszedł zorientowałam się, ze nie mam pojęcia co mam teraz zrobić, gdzie pójść. Zostawiłam bagaże i zaczęłam chodzić po zamku. Było tu pusto. Nagle zauważyłam, że na jakiejś ścianie zaczęły pojawiać się drzwi. Podeszłam bliżej. Nagle otworzyły się, a ja wrzasnęłam. Po chwili wybiegli z niej Fred i George. Jeden z nic zatkał mi buzię.
- Nie wrzeszcz głupia ! Rose !? Co ty tu robisz ? – powiedział drugi – George puść ją już – zwrócił się do pierwszego  
- Przeniosłam się z Wrzodomyjków.
Bliźniacy parsknęli śmiechem, widocznie nazwa szkoły wciąż ich śmieszyła.
- To fajnie. – powiedział Fred. – Ale nikomu nie mów, ze nas tu zobaczyłaś, dobrze ? – wyszczerzył się.
- Prosimy – dodał George i również pokazał swoje białe zęby.
- Dobrze, ale musicie mi powiedzieć co tam robicie.
- Nie bądź taka dociekliwa, młoda – powiedział George. – Nic ciekawego się tam nie dzieje.
- To czemu to jest takie tajne ?
- Ojeju, no, eksperymentujemy tam. W przyszłości chcemy założyć sklep, okej ? Mama nie pozwala nam w domu, więc musimy gdzieś to robić. Nikomu nie mów.
- Dobrze – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. – Ey, może wiecie gdzie powinnam pójść skoro jestem nowa ?
- Do Wielkiej Sali – powiedział Fred – zaprowadzimy cię tam, ale wejdziesz sama, gdyż wszyscy myślą, że źle się czuliśmy i zostaliśmy w pokoju wspólnym.
- Dobrze. A tak właściwie to w jakim jesteście domu ?
- Grzyffindorze - odpowiedzieli chórkiem – Tak samo jak nasza cała rodzina – dodał jeden z nich.
Doszliśmy do ogromnych drzwi.
- To tu – powiedział Fred – Smacznego i... pamiętaj buzia na kłódkę ! – Po chwili już ich nie było. Otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazała się jak sama nazwa mówi „Wielka Sala”, zamiast sufitu było tam widać niebo, które teraz było jasno niebieskie, bez żadnej chmury. W powietrzu wisiało pełno palących się świeczek. Widok ten zrobił na mnie takie wrażenie, że dopiero po chwili zobaczyłam, że wszystkie oczy siedzących na tej Sali zwróciły się na mnie. Zrobiłam się cała czerwona  i zaczęłam iść po „wybiegu” pomiędzy stołami. Czułam się strasznie niezręcznie. Wreszcie doszłam do stołu nauczycielskiego. Podeszłam do dyrektora. Wiedziałam który to z opisów innych ludzi, a on jako jedyny miał srebrzystą długą brodę.
- Ja jestem nowa, Rose Hummel ze Wrzodomyjków – powiedziałam – Gdzie mam usiąść ?
Staruszek uśmiechną się szczerze i wstał.
- Drodzy Czarodzieje ! – powiedział tak głośno, że wszyscy umilkli, a echo kilka sekund roznosiło się po pomieszczeniu – Powitajcie nową uczennicę Hogwartu, Rose Hummel ! Przybyła do nas z Wrzodomyjków ! – Panno McGonagall, proszę pójść po Tiarę Przydziału – zwrócił się ciszej do starszej kobiety w koku. – Za chwilę dowiemy się do którego domu trafi ! – Wskazał mi dłonią krzesło na środku, a ja domyśliłam się, że mam na nie usiąść. Dopiero teraz zaczęłam się przyglądać uczniom. Było tu kilka znajomych mi twarzy. Przy stole, którego uczniowie mieli na sobie złoto-czerwone szaliki siedzieli Ron i Ginny, która patrzyła się na mnie, gdy zobaczyła, że ja na nią też uśmiechnęła się i pomachała mi nieśmiało. Przy stole z brązowo-niebieskimi szalikami wypatrzyłam Lily. Po kilku minutach wróciła kobieta z Kapeluszem w ręku. Włożyła mi go na głowę, a on nagle odżył. Usłyszałam głos w swojej głowie:
- Hmm... Pomocna. Oddana. Przyjacielska. No cóż, twój charakter jest idealny dla Hufflepuffu, taak... Ale wydaje mi się, że to nie jest twoje miejsce, oj nie, nie. Możesz wiele osiągnąć w życiu. Umysł masz nie mały. No niech będzie, zobaczymy co z tego wyniknie... RAWENCLAW!!! – ostatnie słowo wykrzyknął na głos, a przy stole, przy którym siedziała Lily huknęły wiwaty. 



 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jest kolejny, strasznie długo nic nie dodawałam, ale nie miałam czasu ;o
Wiem, że ten rozdział nie jest jakoś szczególnie ciekawy, ale chciałam to wszystko zmieścić w jednym :3
Kto przeczytał - komentuje :D 






THE VERSATILE BLOGGER :3

Bardzo dziękuję Nox i Szalenie Pozytywnej za nominację, lecz niestety nie będę togo rozsyłać dalej, ponieważ uważam, że to nie ma sensu. :)


SIEDEM FAKTÓW O MNIE:
~ Kocham czytać książki. Dzięki nim można oderwać się na chwilę od życia i zanurzyć w tamtym świecie :)
~ Prowadzę stronkę na Facebooku o HP :)
~ Ostatnio przeczytaną przeze mnie książką był "Kosogłos" :3 Ogólnie seria "Igrzyska Śmierci" bardzo mi się podobała i zrobiła na mnie duże wrażenie
~ Potrafię popłakać się bez powodu :P
~ Bardzo podobają mi się rude włosy. Niestety ja mam brązowe ;o
~ Uważam, ze Harry Potter nie jest głupim opowiadaniem dla dzieci, jak sądzą mugole. Te książki wniosły do mojego życia na prawdę wiele i jestem za to bardzo wdzięczna pani Rowling :3
~ Uwielbiam rysować, malować i słuchać muzyki :D

Blogi nominowane: (Które są świetne i zachęcam do czytania ich :D)
~ Katie War http://becauseyoumustbelieve.blogspot.com/
~ Victoria Montrose http://victoria-montrose-hogwart.blogspot.com/
~ Victoria Montrose http://victoria-montrose-timetrilogy.blogspot.com/
~ Werka http://never-gonna-change-it.blogspot.com
~ Szalenie Pozytywna http://thereisalwaysho.blogspot.com
~ Nox http://draco-i-luna.blogspot.com/%20.
http://carmen-natalie.blogspot.com/


sobota, 11 maja 2013

Rozdział 8 ♥



Otworzyłam oczy. Leżałam na łące. Pięknej, kolorowej. Wokół mnie latało pełno motyli. Wstałam. Zaczęłam biegać po dywanie kwiatów. Byłam taka szczęśliwa.
- Chyba podałam jej za dużo środków – usłyszałam kaczkowaty głos jakiejś kobiety.– Tak to prawdopodobne. Niech ktoś ją obleje wodą, albo walnie w twarz.
Zignorowałam ten głos. Biegałam dalej po łące, tańczyłam, śpiewałam. Nagle lunął deszcz. Łąka zaczęła znikać, pojawił się pokój z białymi kafelkami na ścianach i jednym łóżkiem na środku, obok którego było kilka osób siedzących na krzesłach. Byłam cała mokra.
-  Och, nasza księżniczka chyba jest już świadoma. – powiedziała gruba pani, właścicielka tego głosu, który docierał do mnie na łące. – Gdzie byłaś, że tak tańcowałaś ?
Zrobiło mi się głupio. Oczywiście. Ta łąka, to było tylko moje wyrażenie po upadku.A ja widocznie to wszytsko co robiłam tam w świadomości, rzeczywiście robiłam tu. Przypomniałam sobie wszystko. Tak, upadek był w trakcie gry w Gambodża. Tylko co się stało potem ? Zaczęła strasznie mnie boleć głowa, wiec postanowiłam już nie rozmyślać.
- Byłam, na łące.- odpowiedziałam nieśmiało.
- Jak się czujesz ? – spytała gruba kaczka
- Głowa mnie boli. A co mi dolega ?
- Nie wiem. Niby czemu miałabym wiedzieć ?
- Myślałam, że jest pani lekarzem.
- Bo jestem. I co z tego. To nie znaczy, ze muszę się znać.
- A wie pani chociaż, czy mogę obie stąd iść ?
- A rób se co chcesz.
Zdziwiona wyszłam z gabinetu. I poczłapałam do pokoju wspólnego pierwszaków. Przy rurze spotkałam żółwia.
- List masz – powiedział gburowato. Tak to ten sam żółw  który donosił mi list ze Wrzodomyjków.
- Znów się spotykamy. – odpowiedziałam. – Ile tym razem spóźniony ?
- Wyjątkowo mało. Bierz go i idź dalej, niewychowana.
Wzięłam list i wskoczyłam do rury.Gdy znalazłam się w pokoju wspólnym, Lily już do mnie biegła. Rzuciła mi się na szyję.
- Tęskniłam – rzuciła.
- A ile mnie nie było ? – spytałam zdziwiona.
- Dziś to trzeci dzień. Jest piątek.
- Ojejku. Znowu będę miała zaległości. Wracasz do domu na weekend ?
- Nie. Zostaję tu. A ty ?
- Nie wiem. Chyba też. Muszę nadrobić to wszystko. Jak ja nie nawiedzę tej Anki.
- Ja też. Słuchaj, następny tydzień będzie moim ostatnim w tej szkole. Przenoszę się już do Hogwartu. Ale to chyba żaden problem, bo ty też wkrótce tam idziesz, prawda ?
- Ja, ja jeszcze nie wiem. Bo ja nie pytałam się jeszcze rodziców. Nie wiem czy się zgodzą. Przepraszam, ze ci wcześniej nie mówiłam.
- Wracasz na weekend do domu. - oświadczyła
- Niby czemu ?
- Przekonasz rodziców. Nie ma mowy, ze nie pójdziesz do Hogwartu. – uśmiechnęła się. – Zobaczysz, namówisz ich.
Odwzajemniłam uśmiech i poszłam do sypialni. Usiadłam i przypomniałam sobie o liście, który wciąż był w mojej dłoni. Otworzyłam go i zaczęłam czytać:

Kochana Córciu !
Razem z moją żoną chcielibyśmy cie zaprosić
na sobotni obiad. Chcemy Ci kogoś przedstawić.
Byłoby cudownie, gdybyś przyszła.
Przyjdź do nas o 1400 .
Odpisz jak najszybciej !
PS Lepiej wyślij innego żółwia, bo ten jest strasznie wolny
Kocham, Tata.

Szybko wzięłam kartkę i odpisałam:

Oczywiście, ze przyjdę.
Nie mogę się doczekać.
Do zobaczenia.
Kocham, Rose.

Na prawdę bardzo tęskniłam za tatą. Mimo to, że zrobił krzywdę mojej mamie. Był dla mnie ważny. Zaczęłam się pakować. Postanowiłam spędzić weekend u mamy, a do taty pójść pod pretekstem pójścia do koleżanki. Myślę, że mama nie byłaby szczególnie zadowolona z  spotkania z ojcem. Po chwili do sypialni weszła Lily.
- Co to za list ? – spytała.
- Od taty, chce się spotkać i mi kogoś przedstawić.
-  Och. Fajnie. Domyślasz się kogo ?
- Nie ma pojęcia. Choć ze mną, po żółwia. Muszę odesłać list.
Ruszyłyśmy przez korytarze do Żółwiarni. Żółwie były tam podzielone od najszybszych do najwolniejszych. Wzięłam jednego z szybkich. Dałam mu list. I powiedziałam adresata. Żółw wyszedł. W porównaniu do gbura, faktycznie pędził. Wróciłam z Lily do sypialni. Spakowałam się. Wzięłam walizki i zeszłam na dół do gabinetu dyrektorki.
- Wracam na weekend do domu. Czym mogę się tam dostać ? - spytałam.
- Traktorem, lub tirem. - odpowiedziała.
- Chyba wolę tirem.
- Dobry wybór. W traktorze strasznie śmierdzi. – wzięła do ręki megafon- Panie Romanie. Proszę przygotować tir.- zażądała i odłożyła go - Wyjdź na zewnątrz, tir  będzie tam już na ciebie czekał.
- Dziękuje.
Wyszłam z gabinetu. Pożegnałam się z Lily i siadłam do tira. Wyjęłam słuchawki i zaczęłam słuchać muzyki. Po około godzinie byłam pod domem. Podziękowałam kierowcy i zapukałam do drzwi. Otworzyła mi mama.
- Co ty tu robisz, kochanie ? – spytała
- Wpadłam na weekend – odpowiedziałam i ją uściskałam.
- A co z rodzeństwem ? – to pytanie uświadomiło mi, ze nie widziałam ich ani razu przez te dni.
- Powiedzieli mi, że zostają w szkole – skłamałam
- Och, dobrze. Wejdź.
Usiadłam z nią na kanapie. Ojczyma nie było w domu. Cieszyło mnie to.
- Opowiadaj jak w szkole. – powiedziała.
Zaczęłam opowiadać jej o szkole. O ludziach, których poznałam, a zwłaszcza o Lily. Opowiadając o niej przypomniał mi się cel przyjazdu tutaj.
- Mamo... – zaczęłam – No bo ja... Lubię tą szkołę, ale, ale...
- No co ?
- Chcę się przenieść do Hogwartu. To moje marzenie. Wiem, wiem, nowa  różdżka, szata, ale ja to sobie wszytko sama kupie. Mamo, błagam. Lily się tam przenosi. Nie zniosę bycia w tej szkole bez niej. – wyrzuciłam z siebie.
- Dobrze.
Zdziwiła mnie ta reakcja. Nie sądziłam  że tak szybko się zgodzi. Myślałam, że będę musiała wymyślać argumenty, ale nie. Zgodziła się. Tak po prostu.
- Naprawdę ? -  nie dowierzałam
- Tak. Chcę, żebyś była szczęśliwa. Sama kiedyś chciałam iść do Hogwartu. Rodzice się nie zgodzili. A gdybym ukończyła Hogwart mogłabym więcej osiągnąć.
- Och, dziękuje mamo, dziękuję – przytuliłam ją. Mam najlepszą mamę na świecie. Byłam taka szczęśliwa.
- Idź się umyj skarbie. – powiedziała, a ja pognałam na górę do łazienki, umyłam się i poszłam spać. Na następny dzień oświadczyłam mamie, z rana, że o 1400  idę do koleżanki. W domu był już ojczym więc przywitałam się z nim ze sztucznym uśmiechem, zjadłam śniadanie i do umówionej z tatą godziny słuchałam muzyki i rysowałam. Przed czternastą ubrałam się najładniej jak umiałam i wyszłam z domu. Nie wiedziałam dokładnie jak dojść do jego domu więc trochę błądziłam po okolicy. W końcu znalazłam. Mieszkał w niewielkim marmurowym, szarym domu. Zapukałam do drzwi. Tata otworzył mi ze szczerym uśmiechem na twarzy. Przytuliłam go i weszłam do domu. Był on urządzony w nowoczesnym stylu, co bardzo mi się podobało.
- Córeczko, poznaj moją żonę Oktawię – podeszła do mnie kobieta. Jedno mnie zdziwiło  Była to kobieta  obrazu wiszącego w pokoju wspólnym w Wrzodomyjkach. Uścisnęłam jej dłoń i uśmiechnęłam się.
- Przypomina mi pani bardzo osobę wiszącą na obrazie w pokoju wspólnym – wyraziłam myśli na głos.
- Ach, no tak bo to ja. Wiszę tam, bo jako jedyna z ich szkoły osiągnęłam w życiu coś większego. Pracuję w Ministerstwie Magii – pochwaliła się.
- Och, fajnie. Tato, kogo chciałeś mi przedstawić ?
- No tak, zapomniałem. Meriko. Chodź tu do nas.
Merika ? Miała na imię jak ta dziewczyna o kruczoczarnych włosach z mojej szkoły. Gdy zeszła do nas po schodach, przekonałam się, że to była ona.
- Rose... – tata chyba jako jedyny z naszej rodziny tak się do mnie zwracał – poznaj córkę Oktawii, twoją przyrodnią siostrę Merikę.
- My się już znamy. Przecież chodzimy razem do szkoły.
- To ty się dostałaś ?
- Tak, tato, mama nic Ci nie powiedziała ?
- Nie. Gratulacje, kochanie.
Nie mogłam uwierzyć  że mój tata tak niewiele wiedział o mnie. Uznałam, że powinnam się częściej z nim widywać. Zasiedliśmy do stołu. Jedzenie było przepyszne. Pani Oktawia, była na prawdę rewelacyjną kucharką.
- Córciu, chciałbym ci coś jeszcze powiedzieć. Otóż Oktawia jest w ciąży niebawem będziesz miała siostrę.
- To, to fajnie. – skłamałam. Nie wiem czemu, tak na prawdę czułam się z tym okropnie. Byłam, może nawet zazdrosna. Tata będzie miał córeczkę, którą pokocha, może nawet bardziej niż mnie. Dziwnie się z tym czułam. Pośpiesznie zjadłam obiad, pożegnałam się z tatą, panią Oktawią i Meriką i wyszłam. Powolnie szłam oświetloną ulicą, kopiąc kamienia. Zastanawiałam się, czy jestem szczęśliwa, czy smutna z wiadomości, którą obwieścił mi tata.  Zawsze chciałam mieć rodzeństwo. Takie prawdziwe. Nie jak dzieci ojczyma lub Oktawii. Tak naprawdę  dziewczynka, która się narodzi będzie mi najbliższa z mojego „rodzeństwa”. To przykre, że moi rodzice się rozwiedli. Pochłonięta myślami, wpatrzona w moje nogi nie zauważyłam, kiedy przeszłam obok mojego domu i poszłam dalej. Dopiero po kilkunastu minutach to zauważyłam i zawróciłam. Weszłam do domu, przywitałam się i pobiegłam do mojego pokoju. Postanowiłam nic nie mówić mamie. Lepiej jak dowie się tego od taty. Będzie zgrywać obojętną, chociaż wiem, ze ją to zaboli. Nie chcę robić tego ja. Zasnęłam. Następny dzień był leniwy. Rano wstałam zrobiłam mamie i ojczymowi śniadanie. Pogadaliśmy. Ustaliłam z mamą, ze do Hogwartu przeniosę się za dwa tygodnie, bo najpierw musi pogadać z dyrektorem Hogwartu – Albusem Wulfrykiem Percivalem Brianem Dumbledorem. Oglądnęłam z mamą film, a o piętnastej przyjechał po mnie tir do Wrzodomyjków. Pożegnałam się, wsiadłam do tira, wsadziłam słuchawki do uszu, a po godzinie byłam już na miejscu. Poczłapałam do pokoju wspólnego. Wyłapałam wzrokiem samotnie siedzącą Lily wpatrującą się ślepo w niebieski ogień. Była dziwnie smutna. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim humorze. Podeszłam i usiadłam obok niej.
- Hej – powiedziałam. Ona nie zareagowała. – CZEŚĆ – powiedziałam głośniej i pomachałam jej ręką przed twarzą.
- Och, siemka – odpowiedziała wreszcie.
- Co się stało ?
- Nic.
- No przecież widzę, że coś jest nie tak !
- Mój brat zaginął. Był w przedszkolu. Wyszedł i nie wrócił. Nie ma go od piątku. W sobotę dostałam żółwia z tą informacją. – po policzkach zaczęły jej spływać łzy – Tak bardzo się o niego boję. Jest dla mnie taki ważny. Co, jeśli nie wróci ? Jeśli, jeśli już nie żyje ?
- Nie płacz. – przytuliłam ja do siębie. – Na pewno nic mu nie jest. Pewnie gdzieś powędrował. Twój brat przecież jest bardzo mądry jak na 6 lat, tak mówiłaś  pamiętasz ? Poradzi sobie.
- Mam taką nadzieję. Ale boję się. Ale dość o mnie jak na obiedzie u twojego taty ?
- Jego żona to ta pani na obrazie. Merika to jej córka. I niedługo urodzi im się kolejna... Tylko tym razem będzie ona mojego taty.
- Przykro mi. Domyślam się  że to trudne. A mama pozwoliła ci pojechać do Hogwartu ?
- Tak. Tak, pozwoliła, ale tydzień po tobie.
- Ojej, jak świetnie ! – przytuliłyśmy się.
- Jest coś zadane na jutro ? – spytałam
- Nie. Chodź, pójdziemy na kolację  Dziś kanapki z podróbką Nutelli – wyszczerzyła się i poszłyśmy na stołówkę.
- Moja kromka jest spleśniała ! – krzyknął jakiś chłopak w jadalni.
- Wszystkich są, nie marudź ! – odkrzyknął się drugi.
Te słowa spowodowały, że przestałyśmy być głodne i wróciłyśmy do pokoju wspólnego. Nagle strasznie zaczęła mnie boleć głowa. Świat zaczął się kręcić. Kiedy przestał stałam na cmentarzu. Przed nagrobkiem. Było na nim Imię i Nazwisko mojej mamy. Zaczęłam krzyczeć, lecz nikt mnie nie słyszał. Byłam ja, sama w ciemną noc na cmentarzu, przed nagrobkiem, pod którym leżała moja mama. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Już 8 ^^ 
Jak przeczytaliście, to komentujcie, to dla mnie ważne :D
Dziękuję wszystkim czytelniom. Gdyby nie wy, to ten blog dawno cy już przestał istnieć ♥

wtorek, 7 maja 2013

Rozdział 7 ♥


Obudziłam się. Usłyszałam chichot grupki  plastików, a potem większości innych dziewczyn z mojego pokoju. Wszyscy się we mnie wpatrywali. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Podeszłam do Lily.
- Czemu wszyscy się na mnie patrzą ? – Spytałam.
- Emm... Idź do łazienki i popatrz w lustro – minę miała zakłopotaną – nie przejmuj się.
Pobiegłam do łazienki. Zamknęłam się w kabinie, gdzie wreszcie żadne śmiechy do mnie nie docierały. Spojrzałam w lustro. Moje zwykle ciemno rude włosy, teraz na czubku głowy były zgniło zielone, na twarzy miałam powypisywane różne obelgi i pozamalowywane rysunki. Zrobiło mi się strasznie przykro. Pierwszy dzień w szkole, a już ludzie mnie wyśmiewają. Poczułam się nagle jak w mojej mugolskiej szkole. Na szczęście tutaj chociaż miałam Lily. Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Teraz moje ciemne oczy szkliły się, a po chwili łzy zaczęły rozmywać rysunki na moich policzkach. Uznałam, że należało by zmyć ten niezwykle pomysłowy makijaż, tylko co z włosami ? Wyszłam z kabiny. Gdy weszłam do sypialni ludzie zaczęli szeptać do siebie nawzajem i chichotać. Starając się nie zwracać na to uwagi podeszłam do szafki nocnej, która służyła mi również za szafę, wzięłam mundurek, spodnie, bieliznę i wróciłam do kabiny w łazience. Weszłam pod prysznic, aby umyć głowę Co prawda wątpiłam, że coś to da, ale zawsze warto próbować. Spędziłam pod prysznicem pół godziny myjąc głowę po kilka razy. Potem wysuszyłam włosy, ubrałam się i spojrzałam w lusterko. Nadal były widocznie zielone ślady, ale trochę pobladły. Postanowiłam nie ukazywać swojej słabości i z uśmiechem, najszczerszym na jaki mnie było stać wyszłam z łazienki. Podeszłam do Lily, która rozmawiała z Mileną i Grześkiem, z którym chyba wszystko było już w porządku.
- To przykre, ze ci to zrobili w pierwszy dzień szkoły – zaczęła Milena.
- Eee tam, w mugolskiej szkole było jeszcze gorzej. Przyzwyczaiłam się.
- odpowiedziałam szczerze – A wiecie może kto to zrobił ?
Lily i Milka pokręciły głową.
- Myślę, że to gang Anki. – odezwał się nagle Grzesiek – Przepraszam Rose, że wczoraj poznaliśmy się w takich dziwnych okolicznościach.
- Nie no zabawnie było – wyszczerzyłam się – Jakie mamy dziś lekcje ?
- No racja ! Lekcje... – spojrzał na zegarek – za 5 minut Zaklęcia. Chodźcie dziewczyny.
Zjechaliśmy trzeszczącą windą do holu. A potem rurami do Sali zaklęć. To było... oryginalne miejsce. Po pokoju unosił się odór zgnilizny, a przy małym stoliku siedziała kobieta. Mała i chuda o... niebieskich włosach.
- Witam ponownie pierwszoklasiści ! – powiedziała energicznym głosem.
- Dzień dobry pani profesor Czupryna. – odpowiedziała klasa równym, monotonnym głosem.
- Dziś, pokażę Wam zaklęcie nieco bardziej zaawansowane. Podstawy już znacie więc... – Przerwała widząc moją rękę w górze – Tak panno...?
- Hummel. Ja jestem nowa, dopiero wczoraj przybyłam do szkoły.  Nie znam podstaw.
- Och, no to panno...?
- Hummel – powtórzyłam.
- Przyjdź dziś po lekcjach na moje korepetycje. Jestem w tej klasie cały dzień. A jak na razie postaraj się zrozumieć jak najwięcej z tej lekcji.
- Dobrze.
- A więc tak podstawy już znacie – kontynuowała – dziś nauczymy się zaklęcia szybkiego snu. Jego działanie powoduje natychmiastowe zaśnięcie osoby na którą je rzuciliśmy... – tym razem ręka Mileny wystrzeliła w górę – Tak, panno...?
- Stankiewicz. Czy to zaklęcie można rzucać na siebie ?
- Oczywiście, że tak...
- Och, to niech nas pani go szybko nauczy. Będę miała usprawiedliwienie, że zasnę na pani lekcji. Jest cholernie nudna – wtrąciła Anka, a jej grupka plastików zaczęła chichotać.
- Bardzo zabawne, panno...?
- Robak. Jesteśmy już tu długo. Wiem, że jest pani stara i ma problemy z pamięcią, ale mogłaby pani w końcu zapamiętać nasze nazwiska. – dodała.
Profesor Czupryna odwróciła się od niej chwyciła z biurka różdżkę, wycelowała ją w Ankę i mruknęła coś pod nosem. Z różdżki wystrzelił jasny promień i skleił jej usta. Anka próbowała coś powiedzieć, ale wydała z siebie dziwne burknięcia  co spowodowało śmiech klasy i wyraźny cień zadowolenia z siebie na twarzy profesorki.
- A więc wróćmy do lekcji. – powiedziała – Zaklęcie szybkiego snu. Brzmi ono: Kabum-chrap. Jakiś ochotnik abym mogła na nim zaprezentować ?
Nikt nie podniósł ręki.
- Och, widzę, że dużo chętnych – powiedziała pani Czupryna – Robak, podejdź tu. – Anka nie ruszyła się z miejsca. – Chcesz móc mówić po lekcji, czy nie ? – widocznie to sprowokowało ją, bo wstała i podeszła do profesor. – No, bardzo dobrze, stań tam przed materacem – wskazała to miejsce – Cudownie. – wzniosła różdżkę – Kabum-chrap ! – krzyknęła wymachując dziwnie ręką, co spowodowało, że Anka padła na materac – Teraz już wiecie jak to zrobić, wiec chodźcie i spróbujcie sami. Klasa ustawiła się w kolejce za profesor. Ty panno...? – zwróciła się do mnie.
-Hummel.
- No tak, oczywiście. Ty idź obok materaca, weź wodę z mojego biurka i obudź pannę Robak. Będziemy na niej ćwiczyć, bo przecież ona nie może wypowiedzieć zaklęcia – uśmiechnęła się.
Oczywiście – powiedziałam, wzięłam wodę, podeszłam do materaca i chlusnęłam jej wodą prosto w twarz, było to dziwnie satysfakcjonujące  Ona zerwała się i usiadła. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie, jestem przekonana, ze gdyby mogła, to obraziła mnie. Wstała, a Lily, która stała pierwsza w kolejce zaklęciem z powrotem powaliła ja na materac. Wyszczerzyła się do mnie i poszła na koniec kolejki. Potem dzieci kolejno usypiały Ankę, a ja ją budziłam. Tak minęła cała lekcja. Po dziwnym dzwonku, który brzmiał jak ryk kozy wyszliśmy, aby przejść na kolejne zajęcia a mianowicie Transmutacje. Ta sala była drewnianą chatką z wieloma stolikami, różowymi i niebieskimi. Wszystkie dziewczyny ruszyły do różowych  więc ja za nimi. Usiadłam z Mileną i Lily, a do nas dosiadła się dziewczyna o czarnych włosach, była zdumiewająco podobna do pani na obrazie, który wisiał w pokoju wspólnym. Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
- Cisza. – buchnął donośny głos pana profesora Gąbki – Dzień dobry. Dziś po raz pierwszy zachowamy podzielenie na chłopców i dziewczyny, ponieważ wreszcie, po omówieniu zasad możemy przejść do prawdziwych celów tych lekcji. A mianowicie pierwszej połowy nazwy „Trans”, ty zajmą się dziewczyny, razem z moim bratem bliźniakiem. Staszek. Chodź tu ! – zza biurka wyłonił się maleńki człowieczek miał z ledwo metr. Nie przypominał ani trochę profesora. – To bliźniak dwujajowy. – dodał widząc nasze zdziwienie – Kontynuując  dziewczyny zajmą się wprowadzaniem ludzi w trans, a my z chłopcami drugą częścią czyli „Mutacja” głosu. Nauczymy się jej pozbyć. Potem zajęcia będą znów połączone. Dziewczyny bądźcie miłe dla pana profesora Gąbki 2.
Klasnął w ręce, a między stolikami różowymi i niebieskimi spadła kurtyna.
- Emmm... – Zaczął drugi profesor Gąbka – Mój brat mnie już przedstawił. Nauczymy się wprowadzać ludzi w trans. To coś takiego jak hipnotyzacja. Ale to coś innego. Bo to polega na czymś innym niż tamto. Bo przecież tamto jest inne. I nawet się inaczej nazywa. Nie bez powodu. No bo przecież tamto jest inne, a inne rzeczy się inaczej nazywają. Dlatego właśnie stwierdzam, że te rzeczy się różnią. Bo są inne. I mają inna nazwę. I polegają na czymś innym i inaczej się je wywołuje. Jest ktoś kto nie rozumie ? – nic nie zrozumiałam. Nikt nie zrozumiał, ale nikt by się nie wygłupił na forum klasy. Lekcja dłużyła się okropnie. Ponieważ profesor cały czas tłumaczył nam w sposób zawiły jak na początku. Wydawałoby się, że mówi nam wszystkie swoje myśli. Czasem wspominał o swojej rodzinie. Chociaż, to nie miało nic do rzeczy. Wspomniał też, ze w wieku 5 lat rzuciła go dziewczyna i dotąd trudno mu się jest pozbierać, dlatego jest singlem. To wszystko przeplatał razem z teorią i historią transu. Wrzask kozy był wielka ulgą dla całej klasy, przynajmniej damskiej części. Wychodząc wpadłam na Grześka.
- Jak lekcje ? – spytałam
- Może być – odpowiedział – Dziś tylko omawialiśmy  A szkoda, bo mam dosyć tej zmiany głosu. A wasze ?
- Weź przestań ! Gąbka 2 opowiadał nam o swej utraconej miłości. – westchnęłam, a on zaczął się śmiać. – Jaką lekcje teraz mamy ?
- Dwie lekcje Gambodża.
- Czego ? – zaczęłam się śmiać. - Czy znów jesteś pod wpływem alkoholowego ?
- Nie. To gra. Coś w stylu Quiditcha. Podobne. Trochę. Kogo ja oszukuję, to jest do bani. – wyszczerzył się. – Ale nie martw się. Przynajmniej jest zabawnie. Chodź szybciej. Trzeba się jeszcze przebrać.
Pobiegliśmy do domku przy dziwacznym boisku, które mijaliśmy z mamą jadąc do Wrzodomyjków. Poszliśmy do osobnych szatni. Gdy weszłam do dziewczęcej odnalazłam wzrokiem Lily i podeszłam do niej. Gadała z ową czarnowłosą dziewczyną, która dosiadła się do nas na Transmutacji.
- Wzięłam dla ciebie szaty do gry. – oznajmiła
- Dziękuję – odpowiedziałam i zaczęłam się przebierać.
- My się już przebrałyśmy. Z Meriką poczekamy przed szatnią, bo tu śmierdzi.
- Dobra. – Merika to widocznie imię tej dziewczyny, bo Lily razem z nią podążyła ku wyjściu.
W końcu przebrana w fiołkowe jak mundurek szatę, która wyglądała jak bodki z ochraniaczami.
- Dzielimy się na drużyny. Wybierają Roman i Adrianna. – oznajmiła profesor, a wskazane osoby wyszły na środek i zaczęły wybierać kolejno skład drużyny. Ja zostałam wybrana na samym końcu, ponieważ nikt nie wiedział na ile umiem grać, a prawda była taka, że nie znałam nawet zasad.
- Ty jesteś nowa ? – spytał się mnie Roman, z którym byłam w drużynie – znasz zasady ?
- Nie.
- To jest banalne. Będziesz na końcu i na pewno po chwili zrozumiesz. Nie ma nic bardziej prostego. – uśmiechnęłam się. Byłam bardzo ciekawa jak wygląda ta gra.
- Bierzcie piłki, banany, mopy i zaczynamy ! – wrzasnęła pani profesor Kapa. Zaczęłam się zastanawiać po co nam te przedmioty, ale przekonałam się po gwizdku, kiedy pierwszy gracz, a mianowicie Roman rzucił banana i ruszył do przodu z mopem między nogami kozłując piłkę od koszykówki. Biegł do bazy, a drużyna przeciwna, która stała w środku kwadratu, którego tworzyły bazy złapała banana obrała go ze skórki i próbowała rzucić nim w Romana. Dziwniejszej gry nie widziałam jeszcze nigdy, ale była zdumiewająco prosta. W końcu nadeszła moja kolej. „Wsiadłam” na mopa, cisnęłam banana w przestrzeń najmocniej jak się dało i zaczęłam biec co sił w nogach do bazy. Udało się. Dobiegłam. Gdy następna osoba rzuciła banana pognałam do kolejnej. Gdy byłam w połowie Anka zaczęła zbliżać się niebezpiecznie szybko do mnie z bananem w dłoni. Rzuciła go. Dostałam prosto w twarz. Potknęłam się i upadłam do tyłu. Uderzyłam o coś głową. Poczułam ogromny ból. Zaczęło robić mi się ciemno przed oczami. Ostatnie co widziałam to śmiejąca się nade mną Robak i spółka.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak dawno nic nie dodawałam, ale nie miałam pomysłu. Kto przeczytał  niech komentuje. Dla Was to nic, a mnie to motywuje i uszczęśliwia, że ktoś to wgl czyta xD