Obudziłam się. Usłyszałam chichot grupki plastików, a potem większości innych
dziewczyn z mojego pokoju. Wszyscy się we mnie wpatrywali. Nie miałam pojęcia o
co chodzi. Podeszłam do Lily.
- Czemu wszyscy się na mnie patrzą ? – Spytałam.
- Emm... Idź do łazienki i popatrz w lustro – minę
miała zakłopotaną – nie przejmuj się.
Pobiegłam do łazienki. Zamknęłam się w kabinie, gdzie
wreszcie żadne śmiechy do mnie nie docierały. Spojrzałam w lustro. Moje zwykle ciemno rude włosy, teraz na czubku głowy były zgniło zielone, na twarzy miałam
powypisywane różne obelgi i pozamalowywane rysunki. Zrobiło mi się strasznie
przykro. Pierwszy dzień w szkole, a już ludzie mnie wyśmiewają. Poczułam się
nagle jak w mojej mugolskiej szkole. Na szczęście tutaj chociaż miałam Lily.
Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Teraz moje ciemne oczy szkliły się, a po
chwili łzy zaczęły rozmywać rysunki na moich policzkach. Uznałam, że należało
by zmyć ten niezwykle pomysłowy makijaż, tylko co z włosami ? Wyszłam z kabiny.
Gdy weszłam do sypialni ludzie zaczęli szeptać do siebie nawzajem i chichotać.
Starając się nie zwracać na to uwagi podeszłam do szafki nocnej, która służyła mi
również za szafę, wzięłam mundurek, spodnie, bieliznę i wróciłam do kabiny w
łazience. Weszłam pod prysznic, aby umyć głowę Co prawda wątpiłam, że coś to
da, ale zawsze warto próbować. Spędziłam pod prysznicem pół godziny myjąc głowę
po kilka razy. Potem wysuszyłam włosy, ubrałam się i spojrzałam w lusterko.
Nadal były widocznie zielone ślady, ale trochę pobladły. Postanowiłam nie ukazywać
swojej słabości i z uśmiechem, najszczerszym na jaki mnie było stać wyszłam z
łazienki. Podeszłam do Lily, która rozmawiała z Mileną i Grześkiem, z którym
chyba wszystko było już w porządku.
- To przykre, ze ci to zrobili w pierwszy dzień szkoły
– zaczęła Milena.
- Eee tam, w mugolskiej szkole było jeszcze gorzej.
Przyzwyczaiłam się.
- odpowiedziałam szczerze – A wiecie może kto to
zrobił ?
Lily i Milka pokręciły głową.
- Myślę, że to gang Anki. – odezwał się nagle Grzesiek
– Przepraszam Rose, że wczoraj poznaliśmy się w takich dziwnych
okolicznościach.
- Nie no zabawnie było – wyszczerzyłam się – Jakie
mamy dziś lekcje ?
- No racja ! Lekcje... – spojrzał na zegarek – za 5
minut Zaklęcia. Chodźcie dziewczyny.
Zjechaliśmy trzeszczącą windą do holu. A potem rurami
do Sali zaklęć. To było... oryginalne miejsce. Po pokoju unosił się odór
zgnilizny, a przy małym stoliku siedziała kobieta. Mała i chuda o...
niebieskich włosach.
- Witam ponownie pierwszoklasiści ! – powiedziała
energicznym głosem.
- Dzień dobry pani profesor Czupryna. – odpowiedziała
klasa równym, monotonnym głosem.
- Dziś, pokażę Wam zaklęcie nieco bardziej zaawansowane. Podstawy już znacie więc... –
Przerwała widząc moją rękę w górze – Tak panno...?
- Hummel. Ja jestem nowa, dopiero wczoraj przybyłam do
szkoły. Nie znam podstaw.
- Och, no to panno...?
- Hummel – powtórzyłam.
- Przyjdź dziś po lekcjach na moje korepetycje. Jestem
w tej klasie cały dzień. A jak na razie postaraj się zrozumieć jak najwięcej z
tej lekcji.
- Dobrze.
- A więc tak podstawy już znacie – kontynuowała – dziś
nauczymy się zaklęcia szybkiego snu. Jego działanie powoduje natychmiastowe zaśnięcie osoby na którą je rzuciliśmy... – tym razem ręka Mileny wystrzeliła w
górę – Tak, panno...?
- Stankiewicz. Czy to zaklęcie można rzucać na siebie
?
- Oczywiście, że tak...
- Och, to niech nas pani go szybko nauczy. Będę miała
usprawiedliwienie, że zasnę na pani lekcji. Jest cholernie nudna – wtrąciła
Anka, a jej grupka plastików zaczęła chichotać.
- Bardzo zabawne, panno...?
- Robak. Jesteśmy już tu długo. Wiem, że jest pani
stara i ma problemy z pamięcią, ale mogłaby pani w końcu zapamiętać nasze
nazwiska. – dodała.
Profesor Czupryna odwróciła się od niej chwyciła z
biurka różdżkę, wycelowała ją w Ankę i mruknęła coś pod nosem. Z różdżki wystrzelił jasny promień i skleił jej usta. Anka próbowała coś powiedzieć, ale
wydała z siebie dziwne burknięcia co spowodowało śmiech klasy i wyraźny cień
zadowolenia z siebie na twarzy profesorki.
- A więc wróćmy do lekcji. – powiedziała – Zaklęcie
szybkiego snu. Brzmi ono: Kabum-chrap. Jakiś ochotnik abym mogła na nim zaprezentować ?
Nikt nie podniósł ręki.
- Och, widzę, że dużo chętnych – powiedziała pani
Czupryna – Robak, podejdź tu. – Anka nie ruszyła się z miejsca. – Chcesz móc
mówić po lekcji, czy nie ? – widocznie to sprowokowało ją, bo wstała i podeszła
do profesor. – No, bardzo dobrze, stań tam przed materacem – wskazała to
miejsce – Cudownie. – wzniosła różdżkę – Kabum-chrap ! – krzyknęła wymachując
dziwnie ręką, co spowodowało, że Anka padła na materac – Teraz już wiecie jak
to zrobić, wiec chodźcie i spróbujcie sami. Klasa ustawiła się w kolejce za
profesor. Ty panno...? – zwróciła się do mnie.
-Hummel.
- No tak, oczywiście. Ty idź obok materaca, weź wodę z
mojego biurka i obudź pannę Robak. Będziemy na niej ćwiczyć, bo przecież ona
nie może wypowiedzieć zaklęcia – uśmiechnęła się.
- Oczywiście – powiedziałam, wzięłam wodę, podeszłam
do materaca i chlusnęłam jej wodą prosto w twarz, było to dziwnie satysfakcjonujące Ona zerwała się i usiadła. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie,
jestem przekonana, ze gdyby mogła, to obraziła mnie. Wstała, a Lily, która
stała pierwsza w kolejce zaklęciem z powrotem powaliła ja na materac.
Wyszczerzyła się do mnie i poszła na koniec kolejki. Potem dzieci kolejno
usypiały Ankę, a ja ją budziłam. Tak minęła cała lekcja. Po dziwnym dzwonku,
który brzmiał jak ryk kozy wyszliśmy, aby przejść na kolejne zajęcia a
mianowicie Transmutacje. Ta sala była drewnianą chatką z wieloma stolikami, różowymi i niebieskimi. Wszystkie dziewczyny ruszyły do różowych więc ja za
nimi. Usiadłam z Mileną i Lily, a do nas dosiadła się dziewczyna o czarnych
włosach, była zdumiewająco podobna do pani na obrazie, który wisiał w pokoju
wspólnym. Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
- Cisza. – buchnął donośny głos pana profesora Gąbki –
Dzień dobry. Dziś po raz pierwszy zachowamy podzielenie na chłopców i
dziewczyny, ponieważ wreszcie, po omówieniu zasad możemy przejść do prawdziwych
celów tych lekcji. A mianowicie pierwszej połowy nazwy „Trans”, ty zajmą się
dziewczyny, razem z moim bratem bliźniakiem. Staszek. Chodź tu ! – zza biurka wyłonił się maleńki człowieczek miał z ledwo metr. Nie przypominał ani trochę
profesora. – To bliźniak dwujajowy. – dodał widząc nasze zdziwienie – Kontynuując
dziewczyny zajmą się wprowadzaniem ludzi w trans, a my z chłopcami drugą
częścią czyli „Mutacja” głosu. Nauczymy się jej pozbyć. Potem zajęcia będą znów
połączone. Dziewczyny bądźcie miłe dla pana profesora Gąbki 2.
Klasnął w ręce, a między stolikami różowymi i
niebieskimi spadła kurtyna.
- Emmm... – Zaczął drugi profesor Gąbka – Mój brat
mnie już przedstawił. Nauczymy się wprowadzać ludzi w trans. To coś takiego jak
hipnotyzacja. Ale to coś innego. Bo to polega na czymś innym niż tamto. Bo
przecież tamto jest inne. I nawet się inaczej nazywa. Nie bez powodu. No bo przecież tamto jest inne, a inne rzeczy się inaczej nazywają. Dlatego właśnie
stwierdzam, że te rzeczy się różnią. Bo są inne. I mają inna nazwę. I polegają na czymś innym i inaczej się je wywołuje. Jest ktoś kto nie rozumie ? – nic nie
zrozumiałam. Nikt nie zrozumiał, ale nikt by się nie wygłupił na forum klasy.
Lekcja dłużyła się okropnie. Ponieważ profesor cały czas tłumaczył nam w sposób
zawiły jak na początku. Wydawałoby się, że mówi nam wszystkie swoje myśli.
Czasem wspominał o swojej rodzinie. Chociaż, to nie miało nic do rzeczy.
Wspomniał też, ze w wieku 5 lat rzuciła go dziewczyna i dotąd trudno mu się
jest pozbierać, dlatego jest singlem. To wszystko przeplatał razem z teorią i
historią transu. Wrzask kozy był wielka ulgą dla całej klasy, przynajmniej damskiej części. Wychodząc wpadłam na Grześka.
- Jak lekcje ? – spytałam
- Może być – odpowiedział – Dziś tylko omawialiśmy A
szkoda, bo mam dosyć tej zmiany głosu. A wasze ?
- Weź przestań ! Gąbka 2 opowiadał nam o swej utraconej
miłości. – westchnęłam, a on zaczął się śmiać. – Jaką lekcje teraz mamy ?
- Dwie lekcje Gambodża.
- Czego ? – zaczęłam się śmiać. - Czy znów jesteś pod
wpływem alkoholowego ?
- Nie. To gra. Coś w stylu Quiditcha. Podobne. Trochę.
Kogo ja oszukuję, to jest do bani. – wyszczerzył się. – Ale nie martw się.
Przynajmniej jest zabawnie. Chodź szybciej. Trzeba się jeszcze przebrać.
Pobiegliśmy do domku przy dziwacznym boisku, które
mijaliśmy z mamą jadąc do Wrzodomyjków. Poszliśmy do osobnych szatni. Gdy
weszłam do dziewczęcej odnalazłam wzrokiem Lily i podeszłam do niej. Gadała z
ową czarnowłosą dziewczyną, która dosiadła się do nas na Transmutacji.
- Wzięłam dla ciebie szaty do gry. – oznajmiła
- Dziękuję – odpowiedziałam i zaczęłam się przebierać.
- My się już przebrałyśmy. Z Meriką poczekamy przed
szatnią, bo tu śmierdzi.
- Dobra. – Merika to widocznie imię tej dziewczyny, bo
Lily razem z nią podążyła ku wyjściu.
W końcu przebrana w fiołkowe jak mundurek szatę, która wyglądała jak bodki z ochraniaczami.
- Dzielimy się na drużyny. Wybierają Roman i Adrianna.
– oznajmiła profesor, a wskazane osoby wyszły na środek i zaczęły wybierać kolejno skład drużyny. Ja
zostałam wybrana na samym końcu, ponieważ nikt nie wiedział na ile umiem grać,
a prawda była taka, że nie znałam nawet zasad.
- Ty jesteś nowa ? – spytał się mnie Roman, z którym
byłam w drużynie – znasz zasady ?
- Nie.
- To jest banalne. Będziesz na końcu i na pewno po
chwili zrozumiesz. Nie ma nic bardziej prostego. – uśmiechnęłam się. Byłam
bardzo ciekawa jak wygląda ta gra.
- Bierzcie piłki, banany, mopy i zaczynamy ! –
wrzasnęła pani profesor Kapa. Zaczęłam się zastanawiać po co nam te
przedmioty, ale przekonałam się po gwizdku, kiedy pierwszy gracz, a mianowicie Roman rzucił
banana i ruszył do przodu z mopem między
nogami kozłując piłkę od koszykówki. Biegł do bazy, a drużyna przeciwna, która
stała w środku kwadratu, którego tworzyły bazy złapała banana obrała go ze
skórki i próbowała rzucić nim w Romana. Dziwniejszej gry nie widziałam jeszcze
nigdy, ale była zdumiewająco prosta. W końcu nadeszła moja kolej. „Wsiadłam” na
mopa, cisnęłam banana w przestrzeń najmocniej jak się dało i zaczęłam biec co
sił w nogach do bazy. Udało się. Dobiegłam. Gdy następna osoba rzuciła banana
pognałam do kolejnej. Gdy byłam w połowie Anka zaczęła zbliżać się niebezpiecznie
szybko do mnie z bananem w dłoni. Rzuciła go. Dostałam prosto w twarz.
Potknęłam się i upadłam do tyłu. Uderzyłam o coś głową. Poczułam ogromny ból.
Zaczęło robić mi się ciemno przed oczami. Ostatnie co widziałam to śmiejąca się
nade mną Robak i spółka.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak dawno nic nie dodawałam, ale nie miałam pomysłu. Kto przeczytał niech komentuje. Dla Was to nic, a mnie to motywuje i uszczęśliwia, że ktoś to wgl czyta xD
Jej, jestem pierwsza ^^ Powiem tylko: super, extra, zaje...rąbiste, Totally Awesome ♥ Pisz, pisz, pisz i jeszcze raz pisz, bo to jest zarąbiste opowiadanie ♥ ^^ Jezu, gadam jak profesor Gąbka 2 xD Ale trudno xD Nie mogę się doczekać następnej notki. Pozdrawiam, Nox ♥
OdpowiedzUsuńMiło ♥ ;D Dziękuję. Wrkótce pojawi się następny. Postaram się, napisać go jak najszybciej ;))
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam i komentuję. Cieszysz się? xD Pozdrawiam i życzę weny <3
OdpowiedzUsuńPS., Rozdział suuuper jak zawsze
Dziękuję ;*
UsuńRozdział fajny jak zawsze i czekam na kolejny :3
OdpowiedzUsuńDziękuję ;** Już mam pomysł na dalszą akcje i zakończenie :3
Usuń