wtorek, 7 maja 2013

Rozdział 7 ♥


Obudziłam się. Usłyszałam chichot grupki  plastików, a potem większości innych dziewczyn z mojego pokoju. Wszyscy się we mnie wpatrywali. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Podeszłam do Lily.
- Czemu wszyscy się na mnie patrzą ? – Spytałam.
- Emm... Idź do łazienki i popatrz w lustro – minę miała zakłopotaną – nie przejmuj się.
Pobiegłam do łazienki. Zamknęłam się w kabinie, gdzie wreszcie żadne śmiechy do mnie nie docierały. Spojrzałam w lustro. Moje zwykle ciemno rude włosy, teraz na czubku głowy były zgniło zielone, na twarzy miałam powypisywane różne obelgi i pozamalowywane rysunki. Zrobiło mi się strasznie przykro. Pierwszy dzień w szkole, a już ludzie mnie wyśmiewają. Poczułam się nagle jak w mojej mugolskiej szkole. Na szczęście tutaj chociaż miałam Lily. Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Teraz moje ciemne oczy szkliły się, a po chwili łzy zaczęły rozmywać rysunki na moich policzkach. Uznałam, że należało by zmyć ten niezwykle pomysłowy makijaż, tylko co z włosami ? Wyszłam z kabiny. Gdy weszłam do sypialni ludzie zaczęli szeptać do siebie nawzajem i chichotać. Starając się nie zwracać na to uwagi podeszłam do szafki nocnej, która służyła mi również za szafę, wzięłam mundurek, spodnie, bieliznę i wróciłam do kabiny w łazience. Weszłam pod prysznic, aby umyć głowę Co prawda wątpiłam, że coś to da, ale zawsze warto próbować. Spędziłam pod prysznicem pół godziny myjąc głowę po kilka razy. Potem wysuszyłam włosy, ubrałam się i spojrzałam w lusterko. Nadal były widocznie zielone ślady, ale trochę pobladły. Postanowiłam nie ukazywać swojej słabości i z uśmiechem, najszczerszym na jaki mnie było stać wyszłam z łazienki. Podeszłam do Lily, która rozmawiała z Mileną i Grześkiem, z którym chyba wszystko było już w porządku.
- To przykre, ze ci to zrobili w pierwszy dzień szkoły – zaczęła Milena.
- Eee tam, w mugolskiej szkole było jeszcze gorzej. Przyzwyczaiłam się.
- odpowiedziałam szczerze – A wiecie może kto to zrobił ?
Lily i Milka pokręciły głową.
- Myślę, że to gang Anki. – odezwał się nagle Grzesiek – Przepraszam Rose, że wczoraj poznaliśmy się w takich dziwnych okolicznościach.
- Nie no zabawnie było – wyszczerzyłam się – Jakie mamy dziś lekcje ?
- No racja ! Lekcje... – spojrzał na zegarek – za 5 minut Zaklęcia. Chodźcie dziewczyny.
Zjechaliśmy trzeszczącą windą do holu. A potem rurami do Sali zaklęć. To było... oryginalne miejsce. Po pokoju unosił się odór zgnilizny, a przy małym stoliku siedziała kobieta. Mała i chuda o... niebieskich włosach.
- Witam ponownie pierwszoklasiści ! – powiedziała energicznym głosem.
- Dzień dobry pani profesor Czupryna. – odpowiedziała klasa równym, monotonnym głosem.
- Dziś, pokażę Wam zaklęcie nieco bardziej zaawansowane. Podstawy już znacie więc... – Przerwała widząc moją rękę w górze – Tak panno...?
- Hummel. Ja jestem nowa, dopiero wczoraj przybyłam do szkoły.  Nie znam podstaw.
- Och, no to panno...?
- Hummel – powtórzyłam.
- Przyjdź dziś po lekcjach na moje korepetycje. Jestem w tej klasie cały dzień. A jak na razie postaraj się zrozumieć jak najwięcej z tej lekcji.
- Dobrze.
- A więc tak podstawy już znacie – kontynuowała – dziś nauczymy się zaklęcia szybkiego snu. Jego działanie powoduje natychmiastowe zaśnięcie osoby na którą je rzuciliśmy... – tym razem ręka Mileny wystrzeliła w górę – Tak, panno...?
- Stankiewicz. Czy to zaklęcie można rzucać na siebie ?
- Oczywiście, że tak...
- Och, to niech nas pani go szybko nauczy. Będę miała usprawiedliwienie, że zasnę na pani lekcji. Jest cholernie nudna – wtrąciła Anka, a jej grupka plastików zaczęła chichotać.
- Bardzo zabawne, panno...?
- Robak. Jesteśmy już tu długo. Wiem, że jest pani stara i ma problemy z pamięcią, ale mogłaby pani w końcu zapamiętać nasze nazwiska. – dodała.
Profesor Czupryna odwróciła się od niej chwyciła z biurka różdżkę, wycelowała ją w Ankę i mruknęła coś pod nosem. Z różdżki wystrzelił jasny promień i skleił jej usta. Anka próbowała coś powiedzieć, ale wydała z siebie dziwne burknięcia  co spowodowało śmiech klasy i wyraźny cień zadowolenia z siebie na twarzy profesorki.
- A więc wróćmy do lekcji. – powiedziała – Zaklęcie szybkiego snu. Brzmi ono: Kabum-chrap. Jakiś ochotnik abym mogła na nim zaprezentować ?
Nikt nie podniósł ręki.
- Och, widzę, że dużo chętnych – powiedziała pani Czupryna – Robak, podejdź tu. – Anka nie ruszyła się z miejsca. – Chcesz móc mówić po lekcji, czy nie ? – widocznie to sprowokowało ją, bo wstała i podeszła do profesor. – No, bardzo dobrze, stań tam przed materacem – wskazała to miejsce – Cudownie. – wzniosła różdżkę – Kabum-chrap ! – krzyknęła wymachując dziwnie ręką, co spowodowało, że Anka padła na materac – Teraz już wiecie jak to zrobić, wiec chodźcie i spróbujcie sami. Klasa ustawiła się w kolejce za profesor. Ty panno...? – zwróciła się do mnie.
-Hummel.
- No tak, oczywiście. Ty idź obok materaca, weź wodę z mojego biurka i obudź pannę Robak. Będziemy na niej ćwiczyć, bo przecież ona nie może wypowiedzieć zaklęcia – uśmiechnęła się.
Oczywiście – powiedziałam, wzięłam wodę, podeszłam do materaca i chlusnęłam jej wodą prosto w twarz, było to dziwnie satysfakcjonujące  Ona zerwała się i usiadła. Rzuciła mi wściekłe spojrzenie, jestem przekonana, ze gdyby mogła, to obraziła mnie. Wstała, a Lily, która stała pierwsza w kolejce zaklęciem z powrotem powaliła ja na materac. Wyszczerzyła się do mnie i poszła na koniec kolejki. Potem dzieci kolejno usypiały Ankę, a ja ją budziłam. Tak minęła cała lekcja. Po dziwnym dzwonku, który brzmiał jak ryk kozy wyszliśmy, aby przejść na kolejne zajęcia a mianowicie Transmutacje. Ta sala była drewnianą chatką z wieloma stolikami, różowymi i niebieskimi. Wszystkie dziewczyny ruszyły do różowych  więc ja za nimi. Usiadłam z Mileną i Lily, a do nas dosiadła się dziewczyna o czarnych włosach, była zdumiewająco podobna do pani na obrazie, który wisiał w pokoju wspólnym. Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam gest.
- Cisza. – buchnął donośny głos pana profesora Gąbki – Dzień dobry. Dziś po raz pierwszy zachowamy podzielenie na chłopców i dziewczyny, ponieważ wreszcie, po omówieniu zasad możemy przejść do prawdziwych celów tych lekcji. A mianowicie pierwszej połowy nazwy „Trans”, ty zajmą się dziewczyny, razem z moim bratem bliźniakiem. Staszek. Chodź tu ! – zza biurka wyłonił się maleńki człowieczek miał z ledwo metr. Nie przypominał ani trochę profesora. – To bliźniak dwujajowy. – dodał widząc nasze zdziwienie – Kontynuując  dziewczyny zajmą się wprowadzaniem ludzi w trans, a my z chłopcami drugą częścią czyli „Mutacja” głosu. Nauczymy się jej pozbyć. Potem zajęcia będą znów połączone. Dziewczyny bądźcie miłe dla pana profesora Gąbki 2.
Klasnął w ręce, a między stolikami różowymi i niebieskimi spadła kurtyna.
- Emmm... – Zaczął drugi profesor Gąbka – Mój brat mnie już przedstawił. Nauczymy się wprowadzać ludzi w trans. To coś takiego jak hipnotyzacja. Ale to coś innego. Bo to polega na czymś innym niż tamto. Bo przecież tamto jest inne. I nawet się inaczej nazywa. Nie bez powodu. No bo przecież tamto jest inne, a inne rzeczy się inaczej nazywają. Dlatego właśnie stwierdzam, że te rzeczy się różnią. Bo są inne. I mają inna nazwę. I polegają na czymś innym i inaczej się je wywołuje. Jest ktoś kto nie rozumie ? – nic nie zrozumiałam. Nikt nie zrozumiał, ale nikt by się nie wygłupił na forum klasy. Lekcja dłużyła się okropnie. Ponieważ profesor cały czas tłumaczył nam w sposób zawiły jak na początku. Wydawałoby się, że mówi nam wszystkie swoje myśli. Czasem wspominał o swojej rodzinie. Chociaż, to nie miało nic do rzeczy. Wspomniał też, ze w wieku 5 lat rzuciła go dziewczyna i dotąd trudno mu się jest pozbierać, dlatego jest singlem. To wszystko przeplatał razem z teorią i historią transu. Wrzask kozy był wielka ulgą dla całej klasy, przynajmniej damskiej części. Wychodząc wpadłam na Grześka.
- Jak lekcje ? – spytałam
- Może być – odpowiedział – Dziś tylko omawialiśmy  A szkoda, bo mam dosyć tej zmiany głosu. A wasze ?
- Weź przestań ! Gąbka 2 opowiadał nam o swej utraconej miłości. – westchnęłam, a on zaczął się śmiać. – Jaką lekcje teraz mamy ?
- Dwie lekcje Gambodża.
- Czego ? – zaczęłam się śmiać. - Czy znów jesteś pod wpływem alkoholowego ?
- Nie. To gra. Coś w stylu Quiditcha. Podobne. Trochę. Kogo ja oszukuję, to jest do bani. – wyszczerzył się. – Ale nie martw się. Przynajmniej jest zabawnie. Chodź szybciej. Trzeba się jeszcze przebrać.
Pobiegliśmy do domku przy dziwacznym boisku, które mijaliśmy z mamą jadąc do Wrzodomyjków. Poszliśmy do osobnych szatni. Gdy weszłam do dziewczęcej odnalazłam wzrokiem Lily i podeszłam do niej. Gadała z ową czarnowłosą dziewczyną, która dosiadła się do nas na Transmutacji.
- Wzięłam dla ciebie szaty do gry. – oznajmiła
- Dziękuję – odpowiedziałam i zaczęłam się przebierać.
- My się już przebrałyśmy. Z Meriką poczekamy przed szatnią, bo tu śmierdzi.
- Dobra. – Merika to widocznie imię tej dziewczyny, bo Lily razem z nią podążyła ku wyjściu.
W końcu przebrana w fiołkowe jak mundurek szatę, która wyglądała jak bodki z ochraniaczami.
- Dzielimy się na drużyny. Wybierają Roman i Adrianna. – oznajmiła profesor, a wskazane osoby wyszły na środek i zaczęły wybierać kolejno skład drużyny. Ja zostałam wybrana na samym końcu, ponieważ nikt nie wiedział na ile umiem grać, a prawda była taka, że nie znałam nawet zasad.
- Ty jesteś nowa ? – spytał się mnie Roman, z którym byłam w drużynie – znasz zasady ?
- Nie.
- To jest banalne. Będziesz na końcu i na pewno po chwili zrozumiesz. Nie ma nic bardziej prostego. – uśmiechnęłam się. Byłam bardzo ciekawa jak wygląda ta gra.
- Bierzcie piłki, banany, mopy i zaczynamy ! – wrzasnęła pani profesor Kapa. Zaczęłam się zastanawiać po co nam te przedmioty, ale przekonałam się po gwizdku, kiedy pierwszy gracz, a mianowicie Roman rzucił banana i ruszył do przodu z mopem między nogami kozłując piłkę od koszykówki. Biegł do bazy, a drużyna przeciwna, która stała w środku kwadratu, którego tworzyły bazy złapała banana obrała go ze skórki i próbowała rzucić nim w Romana. Dziwniejszej gry nie widziałam jeszcze nigdy, ale była zdumiewająco prosta. W końcu nadeszła moja kolej. „Wsiadłam” na mopa, cisnęłam banana w przestrzeń najmocniej jak się dało i zaczęłam biec co sił w nogach do bazy. Udało się. Dobiegłam. Gdy następna osoba rzuciła banana pognałam do kolejnej. Gdy byłam w połowie Anka zaczęła zbliżać się niebezpiecznie szybko do mnie z bananem w dłoni. Rzuciła go. Dostałam prosto w twarz. Potknęłam się i upadłam do tyłu. Uderzyłam o coś głową. Poczułam ogromny ból. Zaczęło robić mi się ciemno przed oczami. Ostatnie co widziałam to śmiejąca się nade mną Robak i spółka.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak dawno nic nie dodawałam, ale nie miałam pomysłu. Kto przeczytał  niech komentuje. Dla Was to nic, a mnie to motywuje i uszczęśliwia, że ktoś to wgl czyta xD 





6 komentarzy:

  1. Jej, jestem pierwsza ^^ Powiem tylko: super, extra, zaje...rąbiste, Totally Awesome ♥ Pisz, pisz, pisz i jeszcze raz pisz, bo to jest zarąbiste opowiadanie ♥ ^^ Jezu, gadam jak profesor Gąbka 2 xD Ale trudno xD Nie mogę się doczekać następnej notki. Pozdrawiam, Nox ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło ♥ ;D Dziękuję. Wrkótce pojawi się następny. Postaram się, napisać go jak najszybciej ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam i komentuję. Cieszysz się? xD Pozdrawiam i życzę weny <3
    PS., Rozdział suuuper jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział fajny jak zawsze i czekam na kolejny :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ;** Już mam pomysł na dalszą akcje i zakończenie :3

      Usuń