- Wstawaj. – obudził mnie ojczym chłodnym tonem. –
Umyj się, ubierz i zejdź do nas na śniadanie.
Nie odpowiedziałam, przekręciłam się na drugi bok i
przykryłam po uszy kołdrą Dopiero po 10 minutach zaczęłam wykonywać polecenia.
W końcu gotowa zeszłam na dół. Przy stole siedzieli już wszyscy. Usiadłam na
miejscu, gdzie zawsze siedziałam. Popatrzyłam po wszystkich, ale tylko do mamy
się uśmiechnęłam. Odwzajemniła gest. Zaczęłam wsuwać jajecznicę z bekonem. Jak
zwykle nikt prócz mamy i ojczyma się nie odzywał. Gdy skończyłam poszłam
wstawić talerz do umywalki i wróciłam do salonu.
- No to co ? – powiedziałam entuzjastycznie – Jedziemy
?
- Jasne, tylko dopiję kawę – odpowiedziała mama.
Pobiegłam na górę po walizkę. Podrapałam kota za uchem
i schodząc upuściłam walizkę na schodach, co spowodowało okropny hałas gdy
turlała się na dół.
- Przepraszam ! – wrzasnęłam, ojczym obrócił oczami, a
moje rodzeństwo chichotało. Tylko moja mama powiedziała cicho.
- Nic się nie stało, skarbie.
Ojczym stał już ubrany w drzwiach Zaczęłam się
zastanawiać jakim cudem dopił kawę i ubrał się w tak krótkim czasie. Pewno jest
jakimś mutantem. Chwyciłam walizkę i wyszłam z domu. Powietrze było takie
rześkie, że zatrzymałam się i zaczęłam je wdychać, do czasu kiedy Robert mnie
nie pośpieszył.
- No to, cześć – powiedział ojczym do matki i
pocałował ją w usta, na co mi jedzenie z żołądka wróciło do przełyku. – Do
zobaczenia, Różo. – dodał całkiem innym, głosem niż do mamy.
- Wolę jak się do mnie mówi Rose – wycedziłam przez
zęby, ale on mnie zignorował. Wsiadł z moim najukochańszym rodzeństwem do
samochodu i już pędził z nimi do szkoły. Ja z mamą wsiadłyśmy do jej małego
czerwonego wozu i pojechałyśmy w przeciwną stronę.
- Jedziemy na zakupy – oświadczyła – Kupię ci
wszystkie rzeczy potrzebne do szkoły. Jest to nie daleko stąd. Godzina drogi,
nie więcej.
Przez całą drogę opowiadałam jej rożne moje przeżycia,
którymi zawsze chciałam się z nią podzielić, ale nie potrafiłam. Godzina minęła
jak kilka minut, a już stałyśmy pod sklepem na zwykłej, mugolskiej ulicy z
szyldem „Magiczne Sprzęty Mariana”.
- Serio ? – pomyślałam – Tutaj mam kupić potrzebne mi
rzeczy ?
Spodziewałam się raczej magicznego targowiska, jak...
Pokątna na przykład.
- Och, nie martw się – powiedziała mama widząc moja
minę – W tym sklepie jest tylko przejście do prawdziwego sklepu magicznego.
Te słowa trochę mnie pocieszyły. Zakupy do szkoły
zawsze wydawały mi się być czymś bardzo wyjątkowym, więc trochę się zawiodłam
widząc sklep „Magiczne Sprzęty Mariana”. Weszłyśmy do niego. Był to zwykły
mugolski sklep z kapeluszami, z których wyskakiwały pluszowe króliki, kartami
„przepowiadającymi przyszłość” i czarnymi pałeczkami z białym paskiem, które
nazywali różdżkami. Mama pociągnęła mnie za rękę do przebieralni i zasłoniła
kotary. Wyjęła różdżkę i stuknęła nią 3 razy w prawy, górny róg lustra. Gdy
skończyła podłoga pod nami zapadła się, a my zaczęłyśmy szybko spadać w dół. Spadłyśmy
na miękki materac. Gdy wstałam zobaczyłam wielkie pomieszczenie z kilkunastoma
drzwiami. Na każdych wisiała mała, zerdzewiała tabliczka z napisem sklepu, który
znajduje się za nimi. Mama zaczęła iść w kierunku jednych z nich. Poszłam za
nią. Na tabliczce napisane było „Różdżki Zdzisława”. Zobaczyłam na twarzy mamy
lekki uśmiech, na widok tabliczki.
- Polskie różdżki są troszkę inne niż te do Hogwartu,
Durmstrangu czy Beauxbatons. – powiedziała –Sama się przekonasz.
Nigdy nie widziałam innej różdżki niż te polskie,
myślałam, że tak wyglądają wszystkie. Słyszałam, że uczniowie Hogwartu kupują
różdżki u Oliwandera. Ciekawe jak one wyglądają. Weszłyśmy. Dopadł mnie odór
stęchlizny, rdzy i drewna. Miałam ochotę zatkać nos, ale uznałam, ze nie był to
zbyt przyjemny gest dla sprzedawcy.
- DZIEŃ DOBRY ! – wrzasnął jakiś pomarszczony,
szczerbaty staruszek – Co bedzie dla pań ? – uśmiechnął się i ukazał swoje
lśniące, bez zębne dziąsła.
- Och, dzień dobry, panie Zdzisiu – powiedziała mama –
Ja przyszłam z córką po różdżkę do Wrzodomyjków. Pamięta mnie pan ? Kupowałam
tu różdżkę gdy byłam mała. Dąb, szkliwo, giętka jak antenka teletubisia...
- Pani ! Ja nie pamiętam co ja wczoraj na śniadanie
jadł, a pani takie pytania.
Zaczęłam się śmiać. Giętka jak antenka teletubisia ?
Serio ? W porę się opanowałam, bo mama na mnie patrzyła, ale nie było to
proste.
- Przypomniał mi się taki żart – skłamałam.
- Ta dzisiejsza młodzież... – westchnął pan Zdziś i
nagle strasznie przypomniał mi gburowatego żółwia, który przyniósł mi list. –
Pokaż paznokcie, pani.
- Słucham ? – powiedziałam zdziwiona.
- A jak mam niby zobaczyć jaka różdżka pasuje !?
Wyciągnęłam do niego rękę, a on przyjrzał się jej
uważnie. Trwało to kilka minut.
- Już wiem, Sosna, łuska śledzia, sztywna jak
prywatka.
Obrócił się i pobiegł w kierunku stosu różdżek,a ja
robiłam co mogłam, aby ponownie nie parsknąć śmiechem. Udało się. Po chwili
przybiegł z powrotem trzymając w ręku rzekomą różdżkę.
- Puknij się nią w głowę. – Wolałam już nie pytać o co
chodzi. Widocznie to procedura dobierania różdżki w Polsce. Zrobiłam co kazał.
Różdżka, która wyglądała jak zwykły patyk, od której czuć było rybą nagle
zniknęła mi z ręki i znalazła się z powrotem na stosiku różdżek.
- Nie pasi – powiedział szczerbaty i pobiegł po kolejną. – Spróbuj tą. Brzoza, ząb
dinozaura, lekko giętka jak nie wiem co.
Walnęłam się nią w głowę i wystrzeliły z niej kolorowe
iskry.
- Wiedziałem, że to ta. Ciekawe, bardzo ciekawe...
- Co jest takie ciekawe ? – spytałam.
- Zrobiła mi się dziura w nowej skarpetce. Muszę zgłosić
reklamacje. Dziś ostatni dzień. Ale szczęście ! – był najwyraźniej uradowany.
Podał mi nową różdżkę i poszedł bez słowa na zaplecze.
- Chodźmy, kochanie. – powiedziała mama. – Teraz szata.
Wyszłyśmy, a ja odetchnęłam zwykłym, nie śmierdzącym
powietrzem. Razem z mamą skierowałyśmy się w stronę innych drzwi. Wisiała na
niej tabliczka „Szaty polskiej jakości panny Józefiny”. Weszłyśmy. W tym pokoju
zatem pachniało jakby panna Józefina cały ranek psikała się, oraz wszystko na
około perfumami. Słabo mi się zrobiło od tego zapachu. Podeszła do nas kobieta
w średnim wieku z farbowanymi, prawie białymi blond włosami, tipsami, które miały kilka centymetrów
długości, różowym topie i spódniczce która ledwo co zakrywała jej majtki.
Założę się, ze też były różowe.
- Eleczko, co sobie życzycie ? – odezwała się mieląc w
buzi gumę.
- Szatę do Wrzodomyjków – odpowiedziałam.
- OMG ! Czemu tak późno !? Dawno wykorzystałam ten
materiał, kochaniutka ! – westchnęła – Ale nie miej smutnej minki, maleńka,
farcik masz, bo za pół godzinki mam dostawę. Idźcie do Zdzisiulka po różdżkę
lub po książki do Marylki, a jak wrócicie materiał już będzie, słodkie.
Pośpiesznie wyszłam ze sklepu. Ta pani musiała mieć
coś z głową. Nie lubiłam takich ludzi, denerwowali mnie.
- Kiedyś pracowała tu inna pani. Miała na imię Karina.
– powiedziała mama – Była na prawdę przemiła. – westchnęła – Niestety, umarła,
kilka lat temu. Pracowała tu aż do śmierci.
- Czemu, akurat pani Józefina po niej odziedziczyła sklep?
- Bo, chociaż trudno w to uwierzyć, to jest jej jedyna
córka.
W milczeniu podeszłyśmy do księgarni „Czytse”.
Otworzyłam drzwi. Bałam się, że będzie tu kolejny nieprzyjemny, specyficzny
zapach, ale poczułam tylko zapach książek tysiąca książek Kochałam ten
zapach, bo kojarzył mi się z tymi wszystkimi historiami, które czytałam, które pokochałam,
dzięki którym przeniosłam się w inny świat. Zdecydowanie, ten sklep polubiłam
chyba najbardziej, za sam zapach. Podeszła do nas szczupła wysoka kobieta z
promiennym uśmiechem.
- Słucham ? Co potrzebne ? – spytała.
- Wszystkie książki potrzebne do nauki w Wrzodomyjkach
– odpowiedziała mama.
- Czy aby trochę nie za późno na zakupy do szkoły ?
- List się spóźnił. – wtrąciłam się
- Ach, no tak, ostatnio wszystkie listy się spóźniły,
ale inne dzieci dostały je już miesiąc temu.
- Trafiłam na wyjątkowo wolnego żółwia – uśmiechnęłam
się.
Pani pokręciła głową i zniknęła za półkami z
książkami. Po kilku minutach wróciła ze stosem książek w ręku.
- Łącznie 11 galeonów. – oznajmiła.
Mama wręczyła jej monety, podziękowałyśmy i wyszłyśmy
ze sklepu. Teraz z powrotem kierowałyśmy się do „Szat polskiej jakości panny
Józefiny”. Po otworzeniu drzwi znów buchną odór, od którego szczypały mnie
oczy.
- Och, wróciłyście ! Już mam materiał, słodziutka !
Siadaj tutaj, jak masz na imię ?
- Róża... ale...
- Och, jak słodko !
- ...Ale wolę jak mówi się do mnie Rose – dokończyłam.
- Rose... Jeszcze sweetaśniej ! Bierzemy się do
robótki !
Zmierzyła mi wymiary i pobiegła po materiał. Jego
kolor nie przypadł mi do gustu.
- Chłopcy mają błękitaśny, a dziewczęta fiołkowy –
oznajmiła uroczyście. – Na prawdę świetnie dobrane !
Przewróciłam oczami. Ciężko opisać jak wyglądały skończone mundurki. Były dwa. Jeden na zimę, grubszy sweter z naszywką z godłem
Wrzodomyjków i moim imieniem. Nadal nie wiedziałam co przedstawia godło tej
szkoły. Drugi, na lato, z cieniutkiego materiału również z godłem i imieniem.
Były jeszcze topy. Może i kreacje nie były by złe, gdyby nie ten ich... kolor.
Przymierzyłam jeden sweter.
- Powiem ci jedno, biutaśnie maleńka ! – powiedziała
Józefina - To będzie 20 galeonów – zwróciła się do mojej mamy, a ona dała jej
monety. – Dzięki, ze wpadłyście, miłego pobytu w Wrzodomyjkach !
Wyszłyśmy. Mama uśmiechnęła się tajemniczo.
- Zostało jeszcze tylko jedno – powiedziała i
skierowała się w stronę drzwi z tabliczką „Mruczki, skrzeczki i inne” – Kupię ci
zwierzątko. Jakie będziesz chciała, choćby miało kosztować tysiąc galeonów.
Muszę ci wynagrodzić to, że byłam dla ciebie taka okropna.
Doceniałam to co robiła dla mnie mama, mimo, że nie
miałyśmy dużo pieniędzy, dziś wydała już na mnie mnóstwo.
- Dziękuję, mamuś.
Uśmiechnęła się. Otworzyła drzwi sklepu i weszłyśmy.
Ile tu było zwierząt!
Zaczynając od szczurów, przez ropuchy i żółwie do
kotów i sów. Zawsze bardzo chciałam mieć sowę ale to jest środek komunikacji w
Hogwarcie, nie w Wrzodomyjkach. Ewentualnie mogłam wybrać żółwia, ale
zniechęciło mnie spotkanie z jednym. Na całe szczęście te do kupienia nie
umiały mówić. Po kilkunastu minutach oglądania zwierząt, zdecydowałam się. Kot.
Będzie przypominał mi o domu, a poza tym uwielbiam koty. Szczególnie spodobał
mi się liliowy z pięknymi niebieskimi oczami. Wzięłam go pod pachę i ruszyłam
do kasy.
Nie był agresywny, ani trochę. Zaczęłam się zastanawiać
jak go nazwę. Wiem na pewno, z nie będzie to takie pospolite i nudne... Jak Mruczek
na przykład. To musiało być to coś oryginalnego, pomysłowego.
- 23 galeony – powiedział gburowaty kasjer. To dziwne,
ale od spotkania z tym żółwiem z poczty, we wszystkich którzy byli gburowaci,
widziałam tego żółwia. Mama podała mi monety, abym przekazała kasjerowi.
Upuściłam je. Westchnęłam i rzuciłam się na podłogę aby je pozbierać. Pewna
kobieta schyliła się i pomogła mi. Podziękowałam
jej i dałam kasjerowi pieniądze. Wyszłyśmy.
- To co ? Idziemy na kremowe piwo i do domu ? –
spytała mama.
- Mamo, nie wiem czy pamiętasz, ale ja mam 13 lat, a
ty prowadzisz samochód.
- Oj, przestań w tym prawie nie ma alkoholu ! –
mama wyglądała teraz jak nastolatka, która próbuje namówić mamę na nową bluzkę
– Tak dawno tego nie piłam !
- Dobrze już mamo, dobrze. – Tak na prawdę, to bardzo
chciałam tego spróbować. Słyszałam o tym piwie, podobno jest przepyszne.
Weszłyśmy, wypiłyśmy piwo, był to chyba najlepszy
napój jaki miałam w ustach, zrozumiałam czemu mama tak chciała na nie pójść. Na
zakupach, przez cały czas chodził mi po głowie Hogwart. Głupio mi było pytać
mamę.Tak się cieszyła, że idę do Wzodomyjków. Kiedy indziej spróbuję się jej
spytać.
- Następny cel ? – spytała mama.
- Wrzodomyjki – odpowiedziałam z udawanym entuzjazmem.
Wsiadłyśmy do auta i ruszyłyśmy...
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Co sądzicie ? ;3 Piszcie !
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Co sądzicie ? ;3 Piszcie !
Dodaję komentarz.
OdpowiedzUsuńRaduj się i ciesz się.
Uwielbiam panią Józefinę. Pff... Sorki: Juzefinę.
W każdym razie moją opinię znasz leniu.
Pisz dalej i weny życzę ;*
Dzięki cieciu ^^
UsuńSuper ♥ Weny życzę i pisz dalej, bo nie mogę się doczekać następnej notki ;>
OdpowiedzUsuńDziękuję ^^
UsuńSpoko, najfajniejsza pani Józefina xD Czekam na next'a ;*
OdpowiedzUsuńPani Józefina, ZAWSZE SPOKO ♥
UsuńMoże dziś zacznę pisać kolejny ;3
ŚWIEEETNE...♥ PFFF...I TY MÓWISZ ŻE JA UMIEM PISAĆ XDDD PRZY TOBIE TO NIC GODNEGO UWAGI...;*
OdpowiedzUsuńZabaffna jesteś Laaamooo. Mój przyszły kot powiedziałby, ze twoje fajniejsze :D Ja to wiem. A ja czekam na naxt'a u cb ♥
UsuńNO PISZĘ WŁAŚNIE TYŁKOTRĄBKO, PISZĘ XD Tw lepsze i nie rób sobie spamu pod Bllooggiieemm ;>>>
OdpowiedzUsuńIdź sobie ! :O Kłamczuchu zakłamany, tffone lepsze i nje spamuj ;**
Usuń